Mazowsze. Serce Polski nr 8 (88) 2025
Artystka nieprzewidywalna
Autor: Fot. Bartosz Kuśmierski
— Profesor Aleksander Bardini radził mi: „Masz się specjalizować tylko i wyłącznie w piosence. I nie spiesz się, musisz zaprojektować swoją karierę na całe życie”. Ja to po prostu robię. I tak spełniam swoje marzenia — opowiada Danuta Stankiewicz, piosenkarka uhonorowana Medalem Pamiątkowym „Pro Masovia” w 2025 r.
Czy piosenka jest faktycznie „dobra na wszystko”?
Danuta Stankiewicz: Absolutnie tak, jak w tym pogodnym, uroczym dziele naszych największych mistrzów!
A co takiego stanowi o wyjątkowości piosenki?
Nie ma tej jednej jedynej rzeczy, która sprawia, że piosenka jest dla mnie dobra, wyjątkowa. Lubię wiele różnych piosenek, utworów muzycznych z różnych krajów i czasów i z wielu różnych powodów. Co do mnie przemawia? Muzyka, którą kocham najbardziej, sprawia, że czuję coś niewytłumaczalnego. Najczęściej jest to również tekst, czyli myśl, opowieść, historia, a czasami jest to tylko bit lub rytm. Niekiedy jest to niepodrabialny głos piosenkarza lub jego charakterystyczne frazowanie. Moim zdaniem piosenka powinna zachować twórczą spójność i pod tym warunkiem zostanie zauważona przez odbiorcę.
Co Panią pociąga w zawodzie piosenkarki?
Ryzyko i nieprzewidywalność. Stawianie przed sobą wciąż nowych zadań, ciągłe zmiany – otoczenia, repertuaru, stylistyk.
Czym jest dla Pani sukces?
Istotne jest dla mnie w tej materii dążenie do rozwoju, niepoddawanie się i na pewno dystans do świata i siebie, poczucie humoru. Estrada to jest spacer po cienkiej linie, niejednokrotnie w bardzo niekomfortowych, niesprzyjających warunkach, ale do tego też można się przyzwyczaić. Klucz do sukcesu leży w poznawaniu, nauce i akceptacji rzeczywistości, dostosowywaniu się do zmieniających się warunków i przezwyciężaniu trudności poprzez twórcze działania.
Dobra piosenka zbudowana jest na styku twórczych osobowości: kompozytora, autora i wykonawcy. Niekiedy te wszystkie przymioty ma tylko jedna osoba. No ale aż chce się dodać – tak było jeszcze w XX w. Ale może jestem za bardzo krytyczny?
Zniknął zawód autora tekstów. Każdy pisze sam. W wielu przypadkach niestety… Taka moda. To takie niby autorskie, osobiste, moje. Nieudolne, ale moje. Druga sprawa – dużo muzyki powstaje w domach, na komputerach. A jak się nagrywa w domu to można zrobić milion wersji, wszystko zmontować. A prawda jest zawsze sceną, konfrontacją z publicznością. Znam takich artystów, którzy nawet nie patrzą ludziom w oczy. A ja muszę widzieć ludzi, ich oczy. Bo emocje są najważniejsze.
Miała Pani szczęście do inspirujących spotkań i to już na samym starcie artystycznej drogi, weźmy fantastycznych wykładowców, jak prof. Aleksander Bardini. Takie spotkania na pewno kształtują charakter, uczą np. ironii, autoironii, dystansu…
Profesor Aleksander Bardini radził mi: „Ty Stankiewicz masz się specjalizować tylko i wyłącznie w piosence. I nie spiesz się, musisz rozplanować swoją karierę na całe życie”. Ja to po prostu robię. I tak spełniam swoje marzenia.
Szczyt kształcenia w zawodzie przyszedł z początkiem lat 80., kiedy otrzymała Pani Stypendium Ministerstwa Kultury i Rządu Francuskiego w Paryżu m.in. w Schola Cantorum, Le Petit Conservatoire de la Chanson de Mireille i Szkole Tańca Jacquesa Bensa.
To stypendium dało możliwość gruntownego zapoznania się ze wszystkimi aspektami funkcjonowania na scenie, których w Polsce wtedy nie uczono. Dotyczyło to również tańca scenicznego – tego współczesnego – rockowego. A nawet makijażu!
A kiedy w Pani życiu pojawiła się pierwsza myśl o śpiewaniu?
Już w dzieciństwie, w szkole podstawowej o tym marzyłam. Byłam filarem szkolnego chóru, ale wszystko zaczęło się od zespołu Gawęda, gdzie tańczyłam i śpiewałam. Potem była średnia szkoła muzyczna, a następnie Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warszawie i Wydział Piosenkarski w Państwowej Szkole Muzycznej II stopnia im. Fryderyka Chopina. Następnie występy w legendarnym kabarecie Tey i kultowej audycji radiowej – „Podwieczorku przy mikrofonie”. Koncerty, festiwale, podróże, przeglądy… Wszystko to razem okazało się, z pespektywy czasu, świetną szkołą rzemiosła i życia. A więc również dystansu do życia dla młodej piosenkarki.
Wiele się działo i wciąż dzieje na Pani artystycznej drodze, ale jedno pozostaje absolutnie niezmienne – Pani głos. Aksamitny i naprawdę nietknięty znakiem czasu przez dekady.
Gdy popatrzymy na historię polskiej piosenki, to w zasadzie każde nazwisko w tej wyśpiewanej historii ma swoją własną niepowtarzalną barwę. I jest tym naturalnym „instrumentem”, który niepowtarzalnie oddziałuje na ludzi. Estrada jest najtrudniejszą formą sztuki, dlatego że jestem na niej obnażona, nie kryje się pod jakąś postacią, jestem sobą. Muszę też współpracować z widownią, żeby mnie zaakceptowała, ale i ja żebym zaakceptowała w jakimś sensie ją. Śpiewanie piosenek jest dla mnie przedłużeniem mowy. Punktem wyjścia, podstawą jest tu szukanie swojej barwy i jej znalezienie, jej pielęgnowanie. U mnie nigdy nie było kopiowania wzorców zachodnich. Fakt, słuchałam dużo muzyki zachodniej – francuskiej czy włoskiej, ale nie kopiowałam. Myślę, że jeśli wciąż funkcjonuję na rynku i Pan tak właśnie słyszy mój głos to dlatego, że mam za sobą spory dorobek, kawał intensywnych lat pracy i naprawdę dobre podstawy.
Co najtrudniej jest zaśpiewać – kołysanki dla dzieci, pieśni Ewy Demarczyk, „Bogurodzicę” czy utwory disco polo?
Według mnie każdy wokalista powinien śpiewać zróżnicowane gatunkowo utwory. Pozwala to osiągnąć wszechstronność, chroni też przed zaszufladkowaniem. Estrada to szukanie nowych pomysłów i w każdej stylistyce perfekcyjne przygotowanie występów. Śpiewałam muzykę dyskotekową, ludyczną, piosenki literackie. Byłam pierwszą piosenkarką, która polskie baśnie i legendy opowiedziała dzieciom w formie piosenki. Nagrałam płytę religijną „Divide Amorem Inter Nos” dedykowaną papieżowi Janowi Pawłowi II i osobiście ją mu wręczyłam 8 czerwca 1991 r. Tylu emocji nie miałam przed żadnym koncertem.
A chwilę później zszokowała Pani widzów tworząc pierwszy w Polsce kabaret erotyczny i nagrywając płytę „Erotyczne bajki dla dorosłych, czyli seks na wesoło”.
Nie wstydzę się tego rodzaju przeszłości. Seks jest tak samo ważnym składnikiem naszego życia, jak wiara. Mój sceniczny show, kabaret erotyczny z męskim striptizem był w latach 90. pierwszym w Polsce tego typu programem. Ale to był również mój kolejny przemyślany wybór a publiczność bawiła się świetnie. Dla żartu wymyśliłam sobie pseudonim „Lolita”. Ale i w tym estradowym wcieleniu miałam określone zasady, nigdy nie przekraczałam pewnej granicy.
Z bardzo wyraźną, wzruszającą pieczęcią artystyczną są Pani płyty i spektakle poświęcone piosence żydowskiej.
Gdy mówimy o kulturze polskiej, to również o kulturze żydowskiej. Wiele lat mojego życia spędziłam na warszawskim Muranowie. Chodziłam do szkoły podstawowej przy Umschlagplatz. Jestem emocjonalnie związana z tym miastem i tym właśnie miejscem. Ważnym przełomowym krokiem w moich żydowsko-polskich artystycznych poszukiwaniach było widowisko muzyczne „Blask” w reżyserii Leny Szurmiej. Z tego poczucia jedności naszych kultur i wewnętrznej osobistej potrzeby przypominania o tym zrodziły się moje kolejne recitale i płyty – „Warszawo ma” i „Tylko tęsknota w sercu gra”. W tym drugim przypadku z poezją recytowaną przez nieodżałowanego, znakomitego aktora Krzysztofa Kolbergera przeplatana żydowskimi piosenkami. Tymi spójnymi projektami chciałam pokazać swoje nowe oblicze artystyczne. I te wspaniałe, ponadczasowe piosenki zinterpretować bez patosu, w sposób prosty i szczery.
A dlaczego zdecydowała się Pani zmierzyć z repertuarem Ewy Demarczyk?
Była dla mnie artystką, na której utworach się wychowywałam jeszcze w średniej szkole muzycznej. Była w latach 60. naszą polską Edith Piaf, choć przecież zawsze niepowtarzalna i już za życia legenda. Pomysł wydania płyty „Groszki i róże” nosiłam w sercu od wielu dekad. Ta pierwsza płyta Ewy Demarczyk, która powstała ponad pół wieku temu, przeszła do historii arcydzieł naszej artystycznej piosenki. Zawsze, i w każdych czasach, będzie robiła wrażenie. Przez te pół wieku nikt nie odważył się jednak podjąć wyzwania, jakim było wydanie nowych wersji tych piosenek. Tą płytą chciałam udowodnić ponadczasowość i poetykę repertuaru tej wspaniałej artystki. Pokazałam te piosenki w bardziej współczesnych, optymistycznych i „kolorowych” aranżacjach. Moja interpretacja również jest nieco inna od pierwowzoru, ale dlatego, że to przecież ja przekazuję w nich swoje własne emocje, historie i doznania. Album powstał w Studio Realizacji Myśli Twórczych Piotra Semczuka i Romualda Kunikowskiego. Bez tych współpracowników nie byłoby tej płyty.
I „błogosławieństwa”, już na samym starcie, samego Zygmunta Koniecznego…
Już kilkanaście lat przed nagraniem tej płyty zadzwoniłam do Zygmunta Koniecznego i spytałam go, czy wyrazi zgodę na zaśpiewanie przeze mnie tych właśnie piosenek, które skomponował razem z Andrzejem Zaryckim. Pan Zygmunt zapewnił, że nigdy nie podpisywał żadnej umowy z Ewą Demarczyk, więc za jego zgodą każdy może śpiewać te utwory. Usłyszałam jeszcze, że jestem pierwszą osobą, która poprosiła go o nuty. Taka opinia dodała mi skrzydeł!
Dawała Pani wiele koncertów m.in. w USA i Kanadzie, po Korę Północną. Występowała w całej Polsce. Które z tych miejsc okazało się najciekawsze?
Wszystko to razem daje bardzo ciekawe spektrum. Chciałabym jednak podkreślić, że z mojego punktu widzenia te wszystkie miejsca nie różnią się aż tak bardzo. Daje to oczywiście ciekawy przekrój, ale sposób postrzegania, percepcja widzów wszędzie są przecież dość podobne. Oczywiście w momencie, kiedy udaje mi się do nich dotrzeć, coś ważnego lub tylko zabawnego, ulotnego im przekazać, mam ogromną satysfakcję.
Od wielu lat udziela się też Pani charytatywnie, np. współpracując z Fundacją Zdrowia i Kultury „Kochaj Życie”. Czym jest dla Pani niesienie pomocy potrzebującym?
Poświęcając swój czas dla dobra innych, jednocześnie przynosimy korzyści sobie. Pomagając drugiemu człowiekowi, nadajemy naszemu życiu sens, sens naszego człowieczeństwu. Na występ w szczytnym celu nie trzeba mnie długo namawiać. Sztuka i działalność charytatywna mogą iść w parze, służąc krzewieniu cudownych wartości i pomagając tym, którzy znaleźli się w ciężkiej sytuacji życiowej.
Nazywana jest Pani „kolorowym ptakiem polskiej estrady”…
Jestem zadowolona z życia. Mam wiele ciekawych pomysłów, projektów i bardzo dużo pracy, a także bardzo dobry kontakt z najbliższymi. Dbam o przyjaciół. Publiczność traktuję z szacunkiem, uśmiecham się już na powitanie i to niezależnie od miejsca, gdzie występuję. Nasze życie składa się tylko i wyłącznie z szeregu drobiazgów. Z potrzeby ich uporządkowania zrodził się pomysł udokumentowania mojego życia zawodowego – wszystkich występów na scenie, w telewizji i radiu, płyt, a także koncertów i recenzji – w postaci książki-biografii „Kolorowy ptak polskiej piosenki” wydanej własnym sumptem w 2024 r.
Od kilku lat współpracuje Pani z zespołem „Iskrzące Płomienie”, działającym w strukturach Komisji Artystycznej Zarządu Oddziału Wojewódzkiego Związku OSP Województwa Mazowieckiego. Przybliżmy i tę owocną współpracę.
Wraz z tym zespołem występuję na uroczystościach z okazji jubileuszy jednostek OSP, a bardzo często również dla seniorów i KGW. Bardzo lubię z nimi koncertować, bo po prostu uwielbiam Ryszarda Nowaczewskiego – uroczego i znakomitego animatora kultury, prowadzącego te imprezy. On je w zasadzie wymyślił. Przygotowuje ich znakomite scenariusze, i potrafi wszystkich zmobilizować, włącznie ze strażakami, do wspólnej – owocnej pracy i spontanicznej zabawy. To jest coś pięknego i z wielką frajdą przyjmuję każde zaproszenie do tego rodzaju współprac.
Zaledwie kilka miesięcy temu odebrała Pani Medal Pamiątkowy „Pro Masovia”. Jakie emocje towarzyszyły temu wydarzeniu?
Poczułam się zaszczycona, odbierając to wyróżnienie. Sprawy Mazowsza, historia Warszawy, nie są mi obce. Wzruszenie było tym większe, bo wręczenie medalu miało miejsce podczas mojego występu, w ramach cyklicznego wydarzenia „Grelowisko” w Domu Pracy Twórczej „Reymontówka” w Chlewiskach. Organizatorzy tego przedsięwzięcia od blisko trzech dekad podkreślają symbiotyczną relację kultury i działalności charytatywnej. Jego główną misją pozostaje przecież realna pomoc organizacjom i ośrodkom niosącym wsparcie najbardziej potrzebującym. A jego uczestnicy dotąd wsparli finansowo kilkadziesiąt różnych instytucji – wśród nich: domy dziecka, ośrodki szkolno-wychowawcze, fundacje i stowarzyszenia.
Uchylmy jeszcze choć rąbka tajemnicy. Nad czym Pani obecnie pracuje?
Finalizuję kolejny, moim zdaniem fascynujący projekt, który będzie artystycznym hołdem dla zapomnianej dziś XIX-wiecznej pianistki i kompozytorki Tekli Bądarzewskiej. Czyli nie zapominam wciąż o naszej – polskiej i mazowieckiej historii, która jest coraz istotniejszym elementem mojej działalności. Sztuką jest ciągle zaskakiwać publiczność nowymi pomysłami, ale jednak przed ich premierą za wiele o nich nie opowiadać.
