Mazowsze. Serce Polski nr 8 (88) 2025
Soja, arbuzy i wasabi z... Mazowsza
Autor: fot. Euro-Papryka
Mazowieccy rolnicy zaczęli uprawiać rośliny, których wcześniej na polach w naszym regionie nie było, m.in.: soję, szparagi, melony i wasabi, czyli chrzan japoński. Dlaczego?
Z jednej strony ociepla się klimat, co oznacza, że na Mazowszu można dziś uprawiać ciepłolubne rośliny, na które wcześniej było u nas za chłodno. To m.in. soja, bakłażan, arbuz, winorośl, słonecznik, melon czy minikiwi. Z drugiej zaś strony Polacy zaczęli masowo wprowadzać do swojej kuchni coraz więcej nowych potraw i roślin. Od brokułów, sałaty lodowej i soczewicy, przez rukolę, roszponkę i ciecierzycę, aż po jarmuż, szparagi, endywię czy wasabi, które służy u nas głównie jako dodatek do sushi. Gdy mazowieccy rolnicy zorientowali się, że jest u nas zbyt na te rośliny, zaczęli większość z nich uprawiać.
– Mówi się dużo o zaletach diety śródziemnomorskiej i wielu Polaków po nią sięga, a dziś wszystkie stosowane w niej rośliny są już uprawiane na Mazowszu – mówi Paweł Myziak, członek Zrzeszenia Plantatorów Papryki RP.
Mazowiecka soja
Jedną z nowych, ciepłolubnych roślin, których upraw w naszym regionie szybko przybywa, jest soja. Łączny areał obsianych nią pól tylko od zeszłego roku powiększył się na Mazowszu o ponad 17 proc. (do 2,4 tys. hektarów). Podobnie jest w całym kraju. Powód jest prosty: w Polsce zużywa się rocznie ponad 2 mln ton soi, głównie na pasze i tę ogromną jej ilość trzeba było do niedawna w całości kupować za granicą. Dziś około 10 proc. krajowego zużycia soi pochodzi już z rodzimych upraw.
– To jest w naszym rolnictwie roślina przyszłości, która według mnie wejdzie do uprawy w każdym polskim gospodarstwie – zaznacza Tomasz Kowalski, rolnik ze Szpondowa koło Płońska, który soję uprawia od 7 lat. Zachwala ją, mówiąc, że, soja jest rośliną motylkową i jako taka wzbogaca glebę w azot, więc bardzo przydaje się w płodozmianie. Po drugie, w Polsce nie ma problemu z jej zbytem i można ją sprzedać w korzystnej cenie. Przy dobrych zbiorach jest bardzo opłacalna.
Tomasz Kowalski zajmuje się rolnictwem od 1988 r. Dziś jego gospodarstwo ma aż 250 hektarów, z czego najwięcej przypada na kukurydzę (też ciepłolubną roślinę), buraki cukrowe, słoneczniki i soję. Tą ostatnią obsiał w tym roku aż 30 hektarów. Zainteresowała go, bo była czymś nowym i ciekawym. Zapisał się więc na szkolenie poświęcone jej uprawie. Za uczestnictwo w szkoleniu można było wylosować nagrodę. Główną były nasiona soi, wystarczające do obsiania 2–3 hektarów.
– Wylosowałem tę nagrodę i tak to się zaczęło. W pierwszym roku obsiałem soją 5 hektarów. Stopniowo uczyłem się jej uprawy i nadal się jej uczę. Bardzo pomogło mi w tym i pomaga Stowarzyszenie Polska Soja, które zajmuje się m.in. przekazywaniem wiedzy na ten temat – opowiada Tomasz Kowalski.
Wyzwań nie brakuje. Jednym z głównych zagrożeń dla sojowych plantacji są… gołębie, dla których młodziutka, wschodząca roślina to przysmak.
– W zeszłym roku te ptaki zjadły mi 80 proc. upraw – opowiada farmer ze Szpondowa.
Sposobem na uchronienie się przed tym problemem jest wcześniejszy siew, bo wtedy jest więcej wilgoci w glebie, więc soja równiej wschodzi. To zaś z kolei sprawia, że gołębie się tak na nią nie kuszą.
Wcześniejszy siew jednak grozi tym, że uprawom zaszkodzą przymrozki. Mniejsze nie są groźne dla soi, ale w tym roku w drugiej połowie kwietnia w Szpondowie i okolicach przyszedł nocą 8-stopniowy mróz.
– I wymroził moją soję, więc musiałem zasiać ją jeszcze raz. Pierwszy raz miałem taką sytuację – opowiada Tomasz Kowalski.
Wyzwaniem jest też to, że soja wprawdzie radzi sobie z okresowymi niedoborami wody lepiej niż wiele innych roślin, ale jednak nie może mieć za sucho. Bo wtedy zrzuca kwiaty i słabo rośnie.
– Dziś rolnictwo to sztuka unikania błędów, a jedną z najważniejszych kwestii jest właśnie to, żeby zatrzymać w glebie jak najwięcej wody – mówi Kowalski. Dlatego jedną z metod, które stosuje jest uprawa bezorkowa, która nie dość, że ogranicza parowanie wody z gruntu, zmniejsza erozję wietrzną gleby, poprawia jej żyzność i życie mikrobiologiczne, to jest jeszcze tańsza i szybsza niż tradycyjna orka.
Wasabi spod Radomia
Koło Radomia znajduje się pierwsze i jedyne w Polsce gospodarstwo, zajmujące się uprawą wasabi, zwanego też chrzanem japońskim, używanego w naszym kraju głównie jako dodatek do sushi. Nazywa się Wasabi Farm Poland, choć zajmuje się też uprawą innych roślin, często bardzo egzotycznych, np. tak zwanych liści ostrygowych.
– Odkąd pamiętam, rodzice i dziadkowie mieli przydomowe uprawy. Bardzo dbali o to, abyśmy mieli swoje warzywa – mówi Agnieszka Flisińska, właścicielka tej farmy. – Mojego tatę interesowały szczególnie zioła i rośliny korzystne dla zdrowia. Było to związane głównie z chorobami nowotworowymi, które były obecne w naszej rodzinie. Ponad 10 lat temu sprowadził z Japonii rośliny wasabi odmiany Mazuma. To szczególna odmiana, bardzo pierwotna, najtrudniejsza w uprawie, dająca najlepszej jakości kłącza.
Wasabi jest bardzo wrażliwą rośliną, potrzebuje czystej wody i powietrza, trzeba jej dać wszystko, co najlepsze i najzdrowsze.
– Na początku kierowaliśmy się informacjami z internetu i tak po dwóch latach straciliśmy kilka tysięcy sadzonek – opowiada Flisińska. – W tym czasie doszliśmy do wniosku, że jeśli ta roślina ma być z nami w Polsce, to sama musi tego chcieć. Tak zaczęła się praca nad jej dostosowaniem do naszych warunków, z uwzględnieniem potrzeb z klimatu japońskiego.
Po trzech latach właściciele farmy zdali sobie sprawę, że to uprawa bardzo trudna, wymagająca ciągłych obserwacji. Wasabi wymyka się bowiem wszystkim utartym schematom. W jednym miesiącu coś jej bardzo pasuje, a w drugim już nie. Jest kapryśna.
– Dzięki wielu próbom i błędom udało nam się w końcu tę roślinę ujarzmić, choć ciągle nas bardzo zaskakuje. Zanim zdecydowaliśmy się na sprzedaż pierwszych liści czy kłączy wasabi, musieliśmy być pewni, że za rok, dwa czy pięć te kłącza mieć będziemy. A to, jak pokazuje historia z różnych farm na świecie, nie jest to takie oczywiste. Nam udało się uzyskać powtarzalność – podkreśla Agnieszka Flisińska.
Zaznacza też, że tylko 10 proc. farm w Japonii uprawia tę odmianę wasabi, a jej kłącza bardzo rzadko opuszczają Kraj Kwitnącej Wiśni. To, co trafia na rynek europejski, to często kłącza niskiej jakości odmiany Misho z Chin. W Europie powszechnie używane jest też sztuczne wasabi.
– Postawiliśmy sobie za cel nie tylko opowiadać, czym jest prawdziwe wasabi, ale również uświadamiać, że nawet świeże może być różnej jakości – opowiada pani Agnieszka. – Liczący się w środowisku wasabi Japończycy szybko sami zwrócili uwagę na naszą uprawę, a my – idąc tym tropem – zaczęliśmy współpracę z ośrodkami badawczymi. Okazało się, że udało się nam uzyskać rośliny z największą zawartością składników aktywnych na świecie! Szczególnie tych, które w dużym stopniu mogą przyczynić się do zabijania komórek rakowych.
Badania i wyniki można znaleźć w internecie. O roślinach farmy spod Radomia można było przeczytać w „Nature”, najpoczytniejszym naukowym czasopiśmie na świecie.
Wasabi państwa Flisińskich kupują najlepsze restauracje w Polsce, ale również klienci indywidualni. Koszt jednego świeżego kłącza to około 30 zł, ale liście i kwiaty również mają swoje zastosowanie i są chętnie kupowane.
– Jakiś czas temu zaproponowaliśmy przetwory z wasabi i one są naszym priorytetem – opowiada właścicielka firmy. – Sami stworzyliśmy produkty, takie jak musztarda, kizami, kimchi i chrzan wasabi, aby podbudować i wspomóc osoby chore. To superfood w codziennym życiu.
Zaczęło się od papryki
Prekursorami nowych rodzajów upraw w naszym regionie byli rolnicy z kilku sąsiadujących ze sobą gmin z południowego Mazowsza: Klwów, Potworów, Przytyk, Radzanów, ale też Rusinów i Stara Błotnica. Jeszcze w latach 80. XX w. zaczęli bowiem uprawiać paprykę w tunelach foliowych.
– Dziś nasze zagłębie paprykowe to największe skupisko upraw tej rośliny nie tylko w Polsce, ale w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Na południowym Mazowszu jest dziś 150 tys. tuneli foliowych z uprawami papryki – mówi Paweł Myziak.
Co więcej, 30 proc. papryki z tej części naszego regionu trafia na eksport i nie ustępuje ona jakością swej odpowiedniczce z Hiszpanii (sadzonej pod koniec sierpnia i rosnącej głównie zimą) i Holandii, które są największymi eksporterami tego warzywa w Europie. Holenderską nawet przewyższa, bo w przeciwieństwie do niej jest uprawiana w gruncie. To wyróżnia mazowiecką paprykę w całej Europie, bo w innych krajach wielu producentów uprawia to warzywo na sztucznym podłożu z wełny mineralnej (tak robi się to m.in. w Holandii).
Plantatorzy papryki z południowego Mazowsza nie poprzestali jednak na tym i zaczęli uprawiać też inne nowe rośliny. Sałaty, cukinię, wczesną fasolkę szparagową i rabarbar, kalarepy, kalafiory, bakłażany, a na otwartych polach – dynie i arbuzy (rolników uprawiających ten owoc jest już w tej części naszego regionu kilkudziesięciu).
– To wynikało m.in. z tego, że paprykę zaczyna się u nas zbierać dopiero w lipcu, a nasi rolnicy chcieli też wcześniej coś sprzedawać – mówi Piotr Papis, radny województwa mazowieckiego (klub sejmikowy TD PSL-PL2050) i były, wieloletni wójt gminy Klwów, który ma wykształcenie rolnicze i sam kiedyś parał się uprawą papryki.
Paweł Myziak hodowaniem tego warzywa zajął się ponad 20 lat temu. Wcześniej pracował jako główny specjalista i kierownik projektu w jednej z największych w Polsce sieci komórkowych. Korciło go jednak, żeby pójść na swoje. Pochodzi z Potworowa, jest związany rodzinnie z rolnictwem, jego teściowie uprawiali paprykę i wtedy wydawało się to bardzo perspektywiczne, więc i on tym się zajął.
Dziś oprócz tego warzywa (bardzo wielu odmian, w tym papryczek chili i podłużnych papryk Sweet Palermo) i dyń, hoduje sałaty i arbuzy, a od paru lat zajmuje się uprawą melonów. Na razie to testuje, bo trudne jest odpowiednie dobranie odmian tego owocu tak, żeby z jednej strony poradziły sobie w naszym klimacie i były opłacalne, a z drugiej spełniły oczekiwania sieci handlowych i konsumentów.
Zdaniem Pawła Myziaka, by takie uprawy mogły na Mazowszu się rozwijać, trzeba spełnić kilka warunków. Na przykładzie papryki widać, że rolnicy – by móc wynegocjować dobre ceny – powinni tworzyć i rozwijać grupy producenckie, organizacje producentów i zrzeszenia tych organizacji. Bo w dużej grupie mają zupełnie inną pozycję negocjacyjną w handlowych rozmowach z odbiorcami. Tak zorganizowani są rolnicy w krajach Zachodniej Europy. Po drugie: trzeba promować rodzime owoce i warzywa, aby Polacy kupowali w sezonie chętniej właśnie polskie, lokalne, z bliska niż te sprowadzane z zagranicy. Wtedy też sieci handlowe, działające w kraju będą to uwzględniać, dobierając dostawców. I trzecia rzecz: trzeba tworzyć silne lokalne i regionalne marki, bo owoce i warzywa, które ich nie mają, są „bezimienne”, konkurują głównie ceną, z dostawcami z całego świata. I wtedy mogą być przez nich łatwo wypchnięte z rynku.
Nowe rolnictwo
– Dziś trzeba wesprzeć rolników w sięgnięciu po najnowocześniejsze technologie, w wykorzystaniu elektroniki, rolnictwa precyzyjnego. Bo dzięki temu bardziej dba się o środowisko, a zarazem obniża koszty, stosuje się tyle nawozów i środków ochrony roślin tylko tyle, ile potrzeba, nie za dużo – mówi Tomasz Kowalski, plantator soi, który stosuje wiele najnowszych rozwiązań. M.in. regularnie bada skład i odczyn gleb na swych polach, bo to też ma ogromne znaczenie dla powodzenia upraw. Np. zbyt kwaśna gleba bardzo ogranicza przyswajalność przez rośliny nawozów, a ustalenie składu gleby umożliwia optymalne nawożenie.
Soja na Mazowszu
Łączny areał powierzchni upraw soi na Mazowszu sięgnął w 2025 r. 2,4 tys. ha. (źródło: Stowarzyszenie Polska Soja ). To roślina, która im cieplej, tym lepiej rośnie, więc na południu Polski daje lepsze plony niż w naszym regionie. Z drugiej strony kiedyś mówiło się, że w naszym kraju da się uprawiać soję nie dalej niż do linii autostrady A2, a dziś można zakładać jej plantacje na całym Mazowszu.
Piotr Papis, radny województwa mazowieckiego (klub TD PSL-PL2050)
– Na południowym Mazowszu jest jedno z największych skupisk upraw papryki w Europie. Gdy w Hiszpanii, która jest największych producentem tego warzywa, kończy się sezon jego uprawy, to u nas on dopiero się zaczyna. Dzięki temu możemy sprzedawać naszą paprykę nie tylko w kraju, ale także za granicą. W tym roku ogromnym problemem są jednak bardzo niskie ceny polskiej papryki, które zeszły już poniżej kosztów jej produkcji. Tak niskich cen nie było już dawno, grożą one plantatorom papryki bankructwami i dlatego zabiegamy o wprowadzenie systemowych działań, które rozwiążą ten problem.
Janina Ewa Orzełowska, członkini zarządu województwa mazowieckiego (klub TD PSL-PL2050)
– Rolnictwo to ważny sektor gospodarki Mazowsza. Nasi rolnicy wyspecjalizowali się w produkcji owoców, warzyw, mięsa i mleka. Mazowieckie rolnictwo jest nie tylko zróżnicowane pod kątem produkcji, ale ulega ciągłym przemianom, także w związku ze zmianami klimatycznymi, których coraz intensywniej doświadczamy. Samorząd Mazowsza konsekwentnie wspiera naszych rolników w ich działaniach i inwestycjach, zarówno w infrastrukturę – drogi dojazdowe do gruntów rolnych, jak i proekologiczne rozwiązania – choćby zbiorniki retencyjne.
