Mazowsze. Serce Polski, nr 3 (95) 2026

Co z tą wodą?

Widok rzeki Wisła przy bardzo niskim stanie wody Autor: fot. Michał Słaby

Mieliśmy pierwszą od lat śnieżną zimę, po niej roztopy, a w rezultacie lokalne podtopienia, zatory lodowe oraz przekroczone stany ostrzegawcze i alarmowe w paru miejscach na mazowieckich rzekach. Ale na przedwiośniu prawie nie padało i już w połowie marca na polach zaczęło robić się sucho. Znów grozi nam susza. Czy da się coś z tym zrobić?

Ostatnia zima nas zaskoczyła. Było i śnieżnie, i mroźnie. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej poinformował, że w województwie mazowieckim tegoroczna pokrywa śnieżna była w wielu miejscach największa od około czternastu lat.

– Dotyczyło to szczególnie północnej części Mazowsza. Występowały tam okresy intensywnych opadów śniegu. Na początku stycznia silne opady powodowały poważne utrudnienia komunikacyjne między innymi w rejonie Mławy, na Kurpiach oraz miejscami w centralnej części regionu. Wówczas spadło w Mławie pół metra śniegu – wskazał IMGW.

Instytut podkreślił jednak, że „mimo epizodów śnieżnych” tegoroczny styczeń był miesiącem suchym. Suma opadów była w tym okresie niższa od normy wieloletniej, a podobna sytuacja utrzymywała się również w lutym. Mimo to, gdy w ostatniej dekadzie lutego napłynęło do Polski bardzo ciepłe powietrze z zachodu Europy i śnieg zaczął szybko topnieć, wydawało się, że może grozić nam powódź. W każdym razie miejscami wyglądało to groźnie. W paru punktach na mazowieckich rzekach przekroczone zostały stany ostrzegawcze i alarmowe. Doszło też do lokalnych podtopień.

Groźny zator

Tak było w Szreńsku na rzece Mławce, która przekroczyła tam stan alarmowy o 8 cm. Ale najbardziej uwidoczniło się to nad Wkrą, na której utworzył się zator lodowy. Powodował tam piętrzenie się wody, która zalała ponad 20 posesji w Błędowie (gmina Pomiechówek). W związanej z tym akcji wzięło udział kilkudziesięciu strażaków z okolicznych OSP i z państwowej straży pożarnej. Działał też sztab kryzysowy. Problem polegał bowiem na tym, że Wkra jest zbyt płytką rzeką, by mogły wpłynąć na nią lodołamacze. I z zatorami lodowymi na tej rzece trzeba radzić sobie inaczej. Gdy kilkanaście lat temu taki zator zagrażał jednemu z mostów na Wkrze, w Jońcu, spiętrzenie lodowych tafli wysadzili saperzy.

– Teraz był pomysł, by wojsko zrzucało z góry na lodowy zator worki z piaskiem, tak, żeby go w ten sposób rozkruszyć – opowiada sołtys Błędowa, Piotr Mrokowski. – Ale ostatecznie okazało się, że nie było to konieczne, bo zator sam się przemieścił w dół rzeki. Sołtys dodaje, że w jego miejscowości podtopione zostały jedynie domy postawione na działkach letniskowych. – W tym miejscu jest niecka, do której wlała się woda z Wkry. Stali mieszkańcy Błędowa nie budowali tam domów, bo wiedzieli, że to tereny zalewowe. Ale z kolei ci, którzy kupowali u nas działki letniskowe, chcieli je mieć jak najbliżej rzeki. I budowali tam domy, bo przez wiele ostatnich lat nie było sytuacji, żeby Wkra wylewała – tłumaczy Piotr Mrokowski.

Agnieszka Hobot, hydrolożka i redaktorka naczelna czasopisma „Wodne Sprawy”, mówi, że wciąż są gminy, które pozwalają na budowanie domów na terenach zalewowych, zagrożonych powodzią. To jednak nie jedyny problem.

– W centralnej części Mazowsza dużo nowych osiedli mieszkaniowych powstaje w sposób nieprzemyślany. Często na terenach osuszonych bagien, mokradeł, gdzie przy wiosennych roztopach poziom wód gruntowych może bardzo się podnieść, gdzie woda podchodzi pod fundamenty i może zalewać podziemne kondygnacje budynków – mówi hydrolożka.

Dodaje, że podczas tegorocznej zimy i przedwiośnia niekorzystnie ułożył się rozkład temperatur. Tuż przed obfitymi opadami śniegu były silne mrozy, przez co grunt zamarzł i w czasie odwilży gorzej wchłaniał wodę. To zaś sprzyjało jej szybkiemu odpływowi po powierzchni.

Gorszy klimat

Na szczęście, nigdzie nie doszło do powodzi, a stan wody w rzekach po jakimś czasie zaczął opadać. Na przedwiośniu, od końca lutego, niemal nie padało. I już w połowie marca na mazowieckich polach, zwłaszcza tam, gdzie są lżejsze, bardziej przepuszczalne gleby, zaczęło robić się sucho. IMGW przestrzega, że mimo śnieżnej zimy w kolejnych miesiącach znów może dojść u nas do suszy. Jest ona, jak zauważają eksperci z IMGW, zjawiskiem naturalnym, ale przez zmiany klimatyczne może występować częściej.

Kiedyś podczas zim mieliśmy w naszym kraju sporą pokrywę śnieżną, która wiosną stopniowo topniała i zasilała w wodę ziemię (w tym głębsze warstwy gleby i warstwy wodonośne) oraz cieki. Dziś zimy mamy niemal bezśnieżne, jest mniej opadów wiosną i latem, a wyższe temperatury prowadzą do szybszego parowania wody z gleb i roślin. A to gotowy przepis na suszę. Tak było w poprzednich latach, przez co zasoby wody nie mogły się odbudować, ciągle obniżał się poziom wód gruntowych, co z kolei wpływało też na poziom głębiej występujących wód podziemnych. W efekcie mieliśmy bardzo dotkliwe susze rolnicze, wysychające latem rzeki i strumienie czy wyschłe do cna śródpolne i śródleśne sadzawki.

– Na przedwiośniu wody mieliśmy nadmiar, ale latem, na polach znów możemy mieć jej za mało. Mamy też inny kłopot. Nie udało się nam jeszcze doprowadzić wszędzie wodociągów i tam nasi mieszkańcy korzystają z własnych studni. Przychodzą do nas i mówią, że kończy się im woda w tych studniach, bo tak obniżył się w nich jej poziom – opowiada wójt gminy Joniec, Marek Czerniakowski.

Innymi słowy w tym roku znów grozi nam susza. Hydrolodzy zaznaczają bowiem, że jedna zima z większą ilością śniegu nie rozwiązuje problemu niedoboru wody.

– W wielu regionach Polski, w tym na Mazowszu, od kilkunastu lat obserwujemy wyraźny deficyt opadów. Dla przykładu w rejonie Płocka skumulowany niedobór opadów z ostatnich lat wynosi około 500 mm. Jest to w przybliżeniu równowartość średniej sumy opadów z jednego roku. Można więc powiedzieć, że w ciągu kilkunastu lat spadło tam o tyle mniej wody, jakby jeden rok był niemal całkowicie bez opadów – zwracają uwagę eksperci z IMGW.

I podkreślają, że w związku z tym jest coraz większa potrzeba, by racjonalnie gospodarować zasobami wodnymi i zatrzymywać wodę z opadów, magazynować ją. Dzięki temu nie tylko zmniejszymy skutki suszy, ale i ryzyko powodzi oraz lokalnych podtopień podczas roztopów czy ulew.

Jakie remedia?

Jednym z przykładów, jak można to robić, jest projekt samorządu podwarszawskiego Milanówka, współfinansowany z programu Fundusze Europejskie dla Mazowsza 2021-2027. Obejmuje on kilka ulic w tym mieście i jego celem jest m.in. zwiększenie retencji wód opadowych, np. poprzez „nasadzenia roślinności, która wspiera naturalne wchłanianie i zatrzymywanie wody”. Efektem projektu ma być zarówno mniejsze zagrożenie podtopieniami, jak i ograniczenie deficytów wody w gruncie podczas suszy.  

– Świetną metodą jest też renaturyzacja rzek i strumieni, czyli przywracanie ich naturalnego charakteru, co spowalnia w nich odpływ wody – mówi Agnieszka Hobot.

Uważa przy tym, że miasta z tym problemem sobie poradzą bo mają więcej narzędzi i środków na ten cel, a w jej opinii powinniśmy skupić się obecnie przede wszystkim na terenach rolnych i leśnych.

– Z tych terenów wody roztopowe i opadowe zbyt szybko odpływają i powinniśmy ten odpływ spowolnić, ograniczyć – mówi hydrolożka. – Jest już lepiej na terenach Lasów Państwowych, które od lat realizują duże programy małej retencji i te programy są coraz lepsze, coraz mniej ingerujące w środowisko, coraz bliższe rozwiązaniom naturalnym. Ale na terenach rolnych praca do wykonania jest dopiero przed nami.

Co należałoby w ich przypadku robić? Zdaniem ekspertki kluczowe jest to, by zatrzymać jak najwięcej wód opadowych tam, gdzie one spadną, w glebie, a także ograniczyć jej parowanie. To oznacza, że z jednej strony trzeba wracać do niektórych tradycyjnych sposobów uprawy roli, np. poplonów, płodozmianu i nawożenia naturalnymi nawozami (bo one m.in. zwiększają w glebie zawartość próchnicy, która dobrze magazynuje wodę). Z drugiej zaś potrzebne są zupełnie nowe techniki. Jedną z nich są tzw. uprawy bezorkowe (już wprowadzane także przez mazowieckich rolników), tzw. mulczowanie czy ściółkowanie,  dzięki którym zmniejsza się parowanie wody z gleby.

Nieocenione jest wprowadzanie zadrzewień i zakrzewień śródpolnych, które obniżają temperaturę powietrza, zwiększają jego wilgotność, zatrzymują wodę w glebie i spowalniają jej odpływ powierzchniowy. Do retencjonowania wody z powodzeniem możemy i powinniśmy wykorzystywać sieć rowów melioracyjnych. Kiedyś służyły one głównie do odwadniania, odprowadzania nadmiaru wody, ale obecnie można ich używać, montując na nich budowle piętrzące (np. zastawki), do retencjonowania wody – tak, żeby zasilała ona sąsiednie grunty podczas susz. W naturalnych obniżeniach gruntu można tworzyć małe zbiorniki gromadzące deszczówkę. Trzeba także odtwarzać mokradła, tam, gdzie to możliwe, bo to kolejne bardzo dobre magazyny wody. Powinniśmy też tworzyć wzdłuż cieków naturalne, zielone bufory, które z jednej strony zatrzymują wilgoć, a z drugiej chronią rzeki i strumienie przed spływaniem do nich z pól resztek nawozów, które z kolei prowadzą do zakwitów wody.

Agnieszka Hobot uważa przy tym, że jest prosta metoda, by upowszechnić na terenach rolnych wyżej opisane metody na mikroretencję wody. Jak wskazuje, co roku państwo polskie wypłaca rolnikom setki milionów złotych na pokrycie ich strat spowodowanych suszą. Gdyby jednak państwo uruchomiło program z dotacjami dla rolników na działania mające na celu zatrzymywanie wód opadowych w glebie, spowalnianie ich odpływu, ograniczanie ich parowania, to wtedy z czasem znacząco zmniejszyłyby się środki potrzebne do pokrycia rolniczych strat suszowych. Oby więc taki program jak najszybciej powstał.

W ramach jednego z programów Samorządu Województwa Mazowieckiego, „Mazowsze dla klimatu”, dofinansowywane są projekty, służące także mikroretencji wody (m.in. poprzez budowę stawów retencyjnych i tak zwanych ogrodów deszczowych). W 2025 r. dzięki temu programowi zrealizowano 136 projektów na łączną kwotę blisko 12 mln zł.

Jedna z największych inwestycji, której przyznano dofinansowanie z programu Fundusze Europejskie dla Mazowsza 2021-2027 (prowadzonego przez Samorząd Województwa Mazowieckiego), to budowa 70-hektarowego zalewu „Kraszewo” (gmina Raciąż w powiecie płońskim). Będzie on pełnił przede wszystkim funkcję retencyjną.

Agnieszka Hobot

hydrolożka i redaktorka naczelna czasopisma „Wodne Sprawy”. Absolwentka Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie ze specjalizacją gospodarka wodna. Od 2012 r. prezeska firmy Pectore-Eco.


UWAGA
Informacje opublikowane przed 1 stycznia 2021 r. dostępne są na stronie archiwum.mazovia.pl

Powrót na początek strony