Mazowsze. Serce Polski, nr 5-6 (97-98) 2026

Życie aktora jest mozaiką

Jan Englert i Daniel Olbrychski - kadr ze spektaklu teatralnego Autor: Fot. Mat. prasowe Teatru Polonia. Daniel Olbrychski z Janem Englertem w spektaklu „Żar” Christophera Hamptona (na podstawie powieści Sándora Máraiego) w Teatrze Polonia.

Przez ponad sześć dekad obecności na ekranie i w teatrze stworzył galerię postaci, które ukształtowały wyobraźnię kilku pokoleń Polaków. Zapraszamy na spotkanie z Danielem Olbrychskim.

Jest Pan jednym z najbardziej ikonicznych polskich aktorów, który ukształtował nie tylko rodzime kino i nasz teatr, ale także głośne europejskie i hollywoodzkie dzieła. Czym jest dla Pana zawód aktora?

Daniel Olbrychski: Aktorstwo to zawód bardzo labilny, niepewny. Obok talentu trzeba mieć nie szczyptę, a bardzo dużo szczęścia. Życie aktora jest mozaiką. Ja miałem mnóstwo szczęśliwych przypadków. Pierwszy to taki, że w ogóle przyszedłem na świat. Jestem dzieckiem powstania warszawskiego. Przez pierwsze tygodnie ciąży moja matka była w centrum tych wydarzeń. Nie było warunków do życia, dlatego mama postanowiła wrócić do rodzinnego, niezwykłego miasteczka na Podlasiu – Drohiczyna. W tamtejszym liceum uczyła języka polskiego i francuskiego, prowadziła też szkolny teatr. Przed II wojną światową zdawała egzaminy na dziennikarstwo i do szkoły teatralnej. Dostała się i tu i tu, ale przestraszyła się niepewności aktorskiego fachu.

Pan początkowo też nie chciał być aktorem…

Od dzieciństwa towarzyszyło mi rozdarcie między sportem a literaturą, teatrem. Sport był pierwszy. Jeszcze jako dziecko, mieszkając na Podlasiu, słuchałem radiowych relacji z walk bokserskich, zawodów kolarskich – np. wielkich zwycięstw Stanisława Królaka. Marzyłem, by być jak ci sportowi mistrzowie. Równocześnie słyszałem w radiu najwybitniejszych polskich aktorów w ich najlepszym repertuarze: Aleksandra Zelwerowicza, Tadeusza Łomnickiego, Gustawa Holoubka. Gdy przenieśliśmy się z rodziną do Warszawy, moja fascynacja teatrem przekładała się też na chodzenie na przedstawienia do teatrów: Klasycznego, Dramatycznego i Narodowego. Ale też natychmiast zapisałem się do Pałacu Młodzieży na szermierkę.

Trudno nie zapytać o miejsce, które edukowało wielu wybitnych Polaków – Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie. Jak wspomina Pan pobyt w jego murach?

Byłem już wtedy zapalonym bokserem, trenowałem szermierkę, biegałem, ale zaniedbałem się bardzo w nauce. W tej właśnie szkole, dzięki znakomitemu poloniście – Janowi Cichoniowi, wcieliłem się w rolę Papkina w inscenizacji „Zemsty”. Przedstawienie było przygotowane na tak wysokim poziomie, że wystawiano je nie tylko w auli szkolnej, ale również na profesjonalnej scenie – w Teatrze Buffo. I znowu byłem wewnętrznie rozdarty – czy uprawiać sport, czy grać na scenie. „Powąchałem” jednak, że to drugie też jest fascynujące, twórcze, piękne. I gdy tylko telewizja ogłosiła nabór licealistów do Młodzieżowego Studia Poetyckiego, które prowadził Andrzej Konic, poszedłem na przesłuchania, w ogóle nie wierząc, że się dostanę. Okazało się, że była to wylęgarnia przyszłych wybitnych aktorów. Spotkałem tam m.in.: Magdę Zawadzką, Jana Englerta, Witka Dębickiego i Marka Perepeczkę. Była to szkoła wrażliwości na słowo, ale też szkoła rzemiosła. Tam nauczyłem się, że w aktorstwie nie trzeba grać – trzeba po prostu być.

Matura wisiała na włosku?

Byłem całkowicie pochłonięty sportem i pierwszymi próbami aktorskimi u Konica. Przy takim nawale zajęć, niespecjalnie się przykładałem do nauki w liceum. I na półrocze, w maturalnej klasie, miałem aż pięć dwój! I nie byłbym dopuszczony do matury, gdyby nie para profesorów – od francuskiego i od WF-u, którzy na radzie pedagogicznej zaręczyli za mnie. Nie chcąc im sprawić zawodu, brawurowo zdałem maturę w 1963 roku, a parę tygodni potem, równie brawurowo – egzamin do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie, gdzie już po roku, szukając aktorów do filmu „Popioły”, trafił na mnie Andrzej Wajda.

To spotkanie okazało się punktem zwrotnym w Pana karierze.

Ale tu znów wrócę do szczęśliwych przypadków w życiu, bo przecież gdybym zdał maturę w innym roku, to nie trafiłbym na Andrzeja Wajdę w szkole teatralnej. Andrzej był moim odkrywcą. Szukał Rafała Olbromskiego. Byłem na pierwszym roku, kiedy rektor Jan Kreczmar wskazał Wajdzie właśnie mnie.

Porzucił Pan jednak studia dla filmu. Nie było wahań, lęku?

Kiedy po „Popiołach” musiałem wybierać, znowu pomogła mądrość Kreczmara. Wezwał mnie któregoś dnia i zapytał: „Danielu, czy masz jakieś propozycje filmowe? ”. Odpowiedziałem: „Mam, ale mama każe mi skończyć studia”. Szybko odparł: „Mamę biorę na siebie, ty się tu nudzisz, idź swoją drogą”. I natychmiast po „Popiołach”, dzięki tej radzie, zagrałem w „Małżeństwie z rozsądku”, „Zaliczeniu”, „Bokserze” i „Jowicie” – kompletnie odmiennych, zarówno fabularnie, jak i stylistycznie, obrazach. Aktorskiego fachu uczyłem się więc w praktyce, na planie. Dopiero w 1971 roku zdałem egzamin eksternistyczny.

Jest Rok Andrzeja Wajdy. Jego dzieła towarzyszyły najważniejszym polskim debatom, uczyły narodowej dumy, krytycyzmu wobec polskich grzechów, śmieszności i kompleksów. I wciąż odgrywają taką rolę.

Mój profesor filozofii w PWST – Stefan Morawski, kiedy już wiadomo było, że zagram w „Popiołach” Andrzeja Wajdy, pogratulował mi mówiąc, że będę miał okazję przebywać w towarzystwie jednego z najwybitniejszych intelektualistów Europy i ludzi z nim zaprzyjaźnionych. To był dla mnie faktycznie najlepszy uniwersytet.

W 2000 roku Andrzej Wajda otrzymał Oscara za całokształt twórczości. Swoją przemowę podczas gali wygłosił w języku polskim, bo zaznaczył, że „myśli zawsze po polsku”. Czy właśnie ta polskość, prócz, co oczywiste, wielkiego talentu Mistrza („malarza-filmowca”) zapewniła jego filmom zrozumienie na całym świecie?

Moją wypowiedź, że był bezpośrednim spadkobiercą i kontynuatorem naszych XIX-wiecznych mistrzów: Mickiewicza, Norwida, Wyspiańskiego i Żeromskiego zacytował w dniu jego śmierci mój wielki przyjaciel – Adam Michnik. A przecież lata temu na festiwalu filmowym w Gdyni, gdy zamiast słowa „był” użyłem w tym kontekście „jest”, naraziłem się na żarty, znakomitych skądinąd kolegów, m.in. Janusza Głowackiego, w stylu: „mogłeś jeszcze dorzucić Kopernika”. Moją opinię podzielił jedynie, obecny wówczas na festiwalu, ks. prof. Józef Tischner. Tak. Andrzej jest bezpośrednim kontynuatorem naszych największych piór. Oni wszyscy patrzyli z miłością, ale często i z okrucieństwem na Polskę. Przecież „Pan Tadeusz” to nie tylko lektura szkolna, ale żywy, piękny język polski i nade wszystko esencja polskości! Jest przecież opowieścią nie tylko o kraju-marzeniu, ale o potwornym społeczeństwie polskim, którego uosobieniem jest Gerwazy.

Zagrał Pan u Wajdy 13 razy – więcej niż którykolwiek inny aktor. Czy ta relacja stała się dla Pana formą artystycznego ojcostwa, w której słowa były zbędne?

Dokładnie tak. Często przypominam, że z Wajdą nakręciliśmy więcej filmów niż Toshiro Mifune z Akirą Kurosawą czy Robert De Niro z Martinem Scorsesem. To ewenement w skali światowej, że reżyser i aktor tworzą tak długo i tak intensywnie. Niewiele osób o tym wiedziało, ale do ostatnich dni planowaliśmy razem kolejny film. Andrzej, nawet mając ponad 90 lat, był pełen twórczej energii. Ufał swoim aktorom, genialnie podpowiadał i tworzył atmosferę, w której człowiek po prostu się otwierał. Powiedziałem to nie tak dawno w rozmowie z tygodnikiem „Polityka”, że był dla mnie jak mentor, który ukształtował nie tylko moją karierę, ale też życie.

Kto jeszcze jest Pańskim mistrzem? O kim myśli Pan z największym szacunkiem, wdzięcznością?

Drugim takim mistrzem jest Jerzy Hoffman – człowiek, który dał mi „prezent od Boga”, czyli rolę Kmicica, w czasie, gdy inni we mnie wątpili, a nawet mnie nienawidzili. A następnym Adam Hanuszkiewicz – genialny teatralny wizjoner, który nauczył mnie scenicznej pokory i rzemiosła. Wajda, Hoffman, Hanuszkiewicz – oni mnie kształtowali.

Nie znajduje Pan miejsca dla siebie w nowych polskich filmowych produkcjach?

Kino polskie, jakieś 20 lat temu, przestało się o mnie upominać. Od czasów Jurka Hoffmana czy Andrzeja Wajdy praktycznie nie pracuję w Polsce, dostaję za to sporo propozycji zagranicznych.

A jeśli chodzi o seriale?

Bardzo je lubię. Wolę nasze rodzime seriale od powstających dziś polskich filmów fabularnych. „Ranczo” to najlepsza telewizyjna opowieść o Polsce i Polakach, jaką widziałem. To nie jest tylko komedia, to mądra satyra, którą można stawiać na równi z wielką literaturą, na przykład z „Weselem” Wyspiańskiego.

Czy Polacy potrafią dziś docenić znaczenie kultury?

Sztuka jest wyrazem człowieka, pomaga nam się poznawać, porozumiewać, zrozumieć. W czasach skomplikowanych politycznie dodaje odwagi, przeciera symbolicznie oczy.

Kultura powinna być też integralną częścią polityki, życia społecznego. Czy jest nią faktycznie?

I z tym, przyznam, żadna opcja polityczna nie może sobie poradzić, nawet ta, która dziś trzyma stery władzy. A więc ta, której powinniśmy strzec, jak źrenicy oka. Ta mądra, liberalna i przede wszystkim proeuropejska.

Jako jedyny z obsady oryginalnego filmu Andrzeja Wajdy „Wszystko na sprzedaż” z 1969 roku, wystąpił Pan niedawno w premierze Teatru Telewizji pod tym samym tytułem. Z jakimi emocjami?

Film o pustym miejscu, jakie pozostawił Zbyszek Cybulski, był dla mnie jednocześnie zapisem mojego wejścia w dojrzałość artystyczną, przejęcia artystycznej pałeczki po Zbyszku. Po wielu latach ucieszyłem się, że będę mógł uczestniczyć w oryginalnym projekcie nawiązującym do tego filmu. Stał się znów osobistą opowieścią o tym, jak polska kultura radzi sobie z pustką po wielkich artystach.

Jest Pan wciąż aktywny zawodowo i z ogromnym zaangażowaniem komentuje to, co dzieje się w Polsce. Wielu jednak mówi: „aktor powinien jedynie grać, a nie mówić własnym głosem”.

Jestem obywatelem tego kraju, należę do społeczeństwa, dlaczego więc miałbym milczeć? Co więcej, moja popularność, na którą ciężko pracowałem przez dekady, upoważnia mnie, wręcz zobowiązuje do tego, żeby zabierać głos w sprawach mojej ojczyzny. Aktorstwo to zawód uprzywilejowany. Jestem kształcony nie tylko przez wielkich filmowców, ale i przez najlepszą literaturę świata – od antyku, przez Szekspira, po wielką polską literaturę XIX i XX wieku. Te wszystkie role przeze mnie przechodziły, to jest może największy dar od losu, poza spotykanymi ludźmi. Jakże więc mam nie zabierać głosu w sprawach społecznych?

Dlaczego świadomość własnej wartości kojarzona jest z megalomanią i rodzi tak wielką niechęć wśród ludzi?

Swoją wielkość Andrzej Wajda potwierdzał, i wiem, że potwierdzać będzie również tym, że zawsze towarzyszył mu, jak to się dzisiaj mówi, hejt ze strony ludzi, którym się nie powiodło. Norwid pisał w jednym z listów: „Pochodzimy ze społeczeństwa jedynego na świecie, w którym nie ma jednego czemkolwiek bądź wyższego obywatela, który by od swoich rodaków zelżonym, oplutym, ba, nawet pobitym nie był. Maurycy Mochnacki – w twarz na ulicy, Zygmunt Krasiński – w twarz na ulicy, generał Józef Bem jako łotr i przedany, Adam Mickiewicz jako agent moskiewski. Oto jest społeczność polska…”. Dziś na spotkaniach autorskich dorzucam niekiedy kolejne nazwiska tych „zdrajców ojczyzny”. Kogo tam nie ma: Lech Wałęsa – „Bolek”, Donald Tusk – „agent Berlina”, Andrzej Wajda, Agnieszka Holland – „autorzy antypolskich filmów”.

Cofnijmy się do 1990 roku. Jest druga tura wyborów prezydenckich. Państwo polskie wchodzi w nową rzeczywistość, a nagle w finale pojawia się człowiek znikąd – Stan Tymiński.

Tymiński grał na emocjach ludzi, którzy czuli się rozczarowani szybkimi zmianami, transformacją. To było niebezpieczne. Poczucie odpowiedzialności ostatecznie wygrało, choć Tymiński był sygnałem ostrzegawczym, którego chyba wtedy w pełni nie zrozumieliśmy. Dziś nasze społeczeństwo zostało podzielone perfidnym kłamstwem o zamachu pod Smoleńskiem, który był potrzebny jedynie nikczemnikom w polskiej polityce i Kremlowi. Żaden okres w historii Polski nie podzielił Polaków tak jak teoria zamachu. Ta sprawa dziś już jakby ucichła, odpłynęła, ale w porażającej części społeczeństwa Donald Tusk jest dziś przecież „agentem Berlina”.

Czy miłość do zwierząt zmienia Pana podejście do świata? Wycisza emocje?

Absolutnie, bo natura nigdy nie kłamie. W życiu moim i Krystyny zwierzęta odgrywają kluczową rolę. Gdybym miał wymienić trzech naszych najbliższych domowników byłby to pies, kot i koń. One niestety żyją krócej niż ludzie, więc co kilkanaście lat jest w domu żałoba.

Przed chwilą z taką pasją zacytował Pan Norwida. Jak wygląda uczenie się ról na pamięć? Czy po osiemdziesiątce tekst wchodzi do głowy trudniej?

Mimo sędziwego wieku nadal bardzo dużo pracuję, choć wiem, że Bóg nie wymyślił człowieka na tak długie życie. Obecnie gram w sześciu wspaniale przyjmowanych przedstawieniach. Z niektórymi z nich podróżujemy nie tylko po Mazowszu, ale po całej Polsce. Kiedy wchodzę na scenę, zapominam o metryce. Cieszy mnie, że wciąż mogę się uczyć czegoś nowego. Nie przychodzi mi to tak szybko, jak w młodości, ale regularnie ćwiczę. Mam też „wymienione” biodra, protezę w kolanie. Fizycznie sobie radzę, prawie tak dobrze jak np. 20 lat temu.

Czuje się Pan spełniony?

Udało mi się uniknąć tzw. „zaszufladkowań”. Lubię w takich momentach nawiązywać do słów Meryl Streep, mówiąc, że traktuję swoje role jak dzieci – kocham je wszystkie i jestem z nich dumny.

Aktorstwo jest zawodem, w którym „rośnie się wraz z życiem”?

Uprawianie tego zawodu jest rodzajem terapii, bo nawet gdy jest smutno i źle, ma on niezwykłe właściwości terapeutyczne, o ile traktuje się go uczciwie. Jean-Paul Belmondo kontynuował wielką karierę po tragicznej śmierci swojej najstarszej córki – Patricii. Krysia Janda grała swoje przedstawienie w teatrze w dniu śmierci swojego męża – Edwarda Kłosińskiego. Dobrze też pamiętam, że w dniu rozstania z bardzo ważną dla mnie osobą, grałem w komedii „Mąż i żona” w Teatrze Narodowym. Wchodzi się na scenę i niczego innego już nie ma. Jest tylko to konkretne przedstawienie. I ta jedyna w ten niepowtarzalny wieczór publiczność.


UWAGA
Informacje opublikowane przed 1 stycznia 2021 r. dostępne są na stronie archiwum.mazovia.pl

Powrót na początek strony